Dobro czy zło?

Czasem wydaje mi się, że po prostu zło jest złem, a dobro dobrem. Tak jak wielu chcę oceniać świat przez pryzmat czarno biały, bo tak żyłoby mi się z pewnością łatwiej. Tym czasem świat jest przewrotny, wielokolorowy i wymaga chyba ode mnie, bym był bardziej ostrożny i uważny w postrzeganiu dobra i zła.

Tą przewrotność świata najlepiej oddaje Halina Poświatowska, która w jednym ze swoich wierszy napisała:

 

 „..dobro jest dobrem

a zło jest złem

sprawiedliwość jest dobrem

a niesprawiedliwość złem

miłość jest dobra

i miłość jest zła

więc dobro jest złem

i zło jest dobrem…”

[H.Poświatowska, „Wszystkie wiersze” s.36, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2000]

Ciągle się gubię w ocenie dobra i zła. Często to co początkowo wydaje się dla mnie dobre potem w jakiś dziwny sposób okazuje się zgubne, albo nie jest czymś w czym powinienem był pokładać większą nadzieję, albo powinienem był traktować z większą ostrożnością. Tak nie raz bywało, jeżeli chodzi o moje sukcesy zawodowe lub dobra materialne, które do mnie przychodziły. Z doświadczenia wiem, że są przemijające i mogą być i dobre i złe. Dlatego wszelkie sukcesy na tym polu staram się dzisiaj traktować z większą rezerwą. Wiem, że czasem sukces może przyćmić rzeczy dobre i z tego punktu widzenia może być zły. A także odwrotnie – wiele moich upadków zawodowych dzisiaj błogosławię, bo dzięki nim wiele się nauczyłem. To samo zaobserwowałem u moich znajomych przedsiębiorców. Wielu z nich na fali sukcesów popełnia błędy, a w czasach kryzysu przeprowadza działania pozwalające być doskonalszymi w tym co robią.

To co mnie jednak najbardziej fascynuje to pojęcie dobra i zła w relacjach międzyludzkich.  To już nie jest takie proste i oczywiste jak to, co powyżej napisałem. Czasem to co nas spotyka ze strony drugiego człowieka bierzemy bardzo do siebie. Czujemy się zranieni, czasem długo pamiętamy, albo w ogóle nie jesteśmy w stanie wybaczyć. A czasem te krzywdy okazują się jednak w jakimś wymiarze dla nas dobre.  Kiedyś się obrażałem, za to co słyszałem niemiłego na swój temat (także od bliskich osób), ale odkąd nic sobie z tego nie robię (co nie jest łatwe), widzę, że relacje z tymi osobami (które coś tam o mnie mówią, krytykują, obwiniają itp., itd.) wcale nie cierpią, wręcz przeciwnie. Jeżeli nie reaguję, to znaczy nie obrażam się, nie unoszę się gniewem… to jakoś udaje mi się zachować przyjaźń i dobre więzi, a nawet te relacje stają się lepsze – bardziej dojrzałe – również po drugiej stronie. To co mogłoby być złe, staje się zaskakująco dobre.

Ale czy dobro może przemienić się w zło? W odpowiedzi przychodzi mi kilka osobistych wspomnień, w tym szczególnie jedno, całkiem niedawne i bardzo bolesne. Z perspektywy tych doświadczeń odnoszę takie wrażenie, że gdy wydaje nam się wszystko sprzyjać, gdy czujemy, że kochamy i jesteśmy kochani, stajemy się jednocześnie ospali i mniej uważni. Czasem w stanie tego błogostanu łatwo przegapić, że jakaś osoba, gdzieś obok nas, mierzy się z wewnętrznym cierpieniem i robi to tak skrycie, że trzeba naprawdę głębokiej uwagi i wysiłku, żeby do niej dotrzeć i przynajmniej skłonić, by coś o tym swoim cierpieniu powiedziała.

Kiedyś przeczytałem takie jedno ważne zdanie wypowiedziane przez jednego z psychologów. Najwięcej demonów czai się tam gdzie jest najciemniej, czyli w zamkniętej duszy człowieka. Czasem wystarczy tylko odrobina światła. Słowo i wysłuchanie tego słowa, żeby te demony przestały być tak aktywne, a może nawet zniknęły, bo demony nie lubią światła. Dlatego uważne słuchanie drugiego człowieka jest tak ważne, a jednocześnie (i to jest najtrudniejsze) zdobycie jego zaufania – czego nie można przegapić – stracić jakiejkolwiek szansy. Czasem właśnie w oszołomieniu własnego szczęścia tracimy skupienie i siłę, żeby tą potrzebę drugiego człowieka, jego cichutkie wołanie dostrzec. Dlatego wydaje mi się, że tak ważne jest pilnowanie tego, żeby jakimś przypadkiem dobro nie stało się udziałem zła, a przez to naszym osobistym dramatem i wyrzutem sumienia.

Najlepiej dla nas ludzi byłoby, gdybyśmy stali się cudownymi alchemikami, którzy potrafią zamieniać zło w dobro. Wydaje mi się, że jedność z drugim człowiekiem ma większą wartość niż unoszenie się własnym ego. Jeżeli nie reaguję na kierowane wobec mnie złe słowa, to moja pozorna słabość może stać się moją siłą, gdyż właśnie w ten sposób mogę powstrzymać zło, niejako je rozbroić.

Ale jest też drugie wyzwanie! Jak wykorzystać otrzymane dobro, aby nie stało się ono źródłem naszego osłabienia, tylko pozwoliło pomnożyć to otrzymane bogactwo dobra. Recepta wydaje  mi się dość prosta, ale jednocześnie trudna w praktyce. Trzeba to dobro traktować jako nieswoje. Otrzymane w celu spożytkowania dla kogoś, a nie dla samego siebie. Wydaje mi się, że właśnie takie traktowanie otrzymanego dobra – w jakimś szerszym wymiarze niż tylko osobiste szczęście i przyjemność – sprawia, że zobowiązanie to rodzi w nas po pierwsze większą uwagę, a po drugie mobilizuje nas do ciągłego poszukiwania, jak otrzymane dobro skutecznie wykorzystać – nie dla siebie, a dla innych.

Mi osobiście takie myślenie daje spokój i poczucie jedności z bogiem i drugim człowiekiem, ale też mam poczucie, że ciężko o tym pamiętać każdego dnia, dlatego właśnie piszę te słowa.