Zwolnij!

Są takie momenty kiedy trzeba zwolnić. Przegapienie ich może mieć katastrofalne skutki. Przekonałem się o tym podczas ostatniego 17 Cracovia Maraton. Mogło się to źle dla mnie skończyć.

To miał być mój szósty szczęśliwy maraton. Biegło mi się dobrze, choć czułem coraz silniejsze zmęczenie. Po 36 km, a było to już po godz. 12-stej czułem, że jest gorąco i duszno, mimo lekkiego wiatru. Momentu, w którym zemdlałem nie pamiętam. Pamiętam tylko, że minąłem 40 km z zegarem, który wskazywał czas trwania maratonu 3:50. Pamiętam, że spiker obok wołał, że widzi za mną pace makerów z balonikami „4:00”. Wołał, że Ci którzy chcą ukończyć maraton poniżej 4 godzin muszą przyspieszyć. No i przyspieszyłem nie zważając na to, że przede mną jest jeszcze trudny podbieg.

Cracovia Maraton kończy się podbiegiem od bulwaru wiślanego do Wawelu, a potem skręca się w ostatnią prostą na ul. Grodzką, która prowadzi do mety na Rynku Krakowskim. Pamiętam jak rozpocząłem ten podbieg … i dalej już nic. Potem jeszcze taki krótki obraz, w czarno białych kolorach widziałem ulica Grodzką w którą mam skręcić, szum w głowie i przewracający się świat. Kolejny obraz to pochylające się nade mną twarze strażników miejskich i ich pytanie czy ich słyszę. Świat wokół mnie wirował, a w uszach szumiało. Chciałem się podnieść, ale nie miałem sił. Zresztą strażnik powiedział, żebym tego nie robił. Zrozumiałem, że jest ze mną źle i było coraz gorzej. Pojawiła się karetka, a w punkcie ratunkowym zdecydowano, że muszę jechać do szpitala. Trafiłem na SOR, a na drugi dzień na Oddział Kardiologiczny. Wszystko przez to, że nie potrafiłem zwolnić!

Cały nasz świat znajduje się dzisiaj w jakiejś szalonej pogoni . Ja też do niej dołączyłem. Wydawało mi się, że kombinacja ciężkiej pracy i biegania, to doskonałe połączenie. Z jednej strony praca gwarantuje mi dochody i rozwój materialny mojej rodziny, a z drugiej strony bieganie miało mi zagwarantować, zdrowie, dobrą kondycję fizyczną i odstresowanie. To działało, a dodatkowo bardzo pokochałem biegi maratońskie oraz związaną z tym adrenalinę. W tym roku biznes rozwijał mi się wyjątkowo dobrze, miałem dużo wyjazdów. Zapisałem się na maraton w Krakowie, ale coraz ciężej mi było znaleźć czas, żeby porządnie zrealizować program treningowy do maratonu – to był mój pierwszy błąd. Gdy gonimy najczęściej brakuje nam czasu, a brakuje nam czasu, bo chcemy pogodzić kilka spraw, a tak się nie da. Powinienem był albo odpuścić maraton, albo wystartować na jakimś kompletnym luzie – bez presji wyniku.

Zżarła mnie ambicja i to był mój drugi błąd. Do tej pory co roku poprawiałem swój życiowy rezultat. W zasadzie pogodziłem się, że nie będzie życiowego rekordu, ale nie chciałem zejść z czasem poniżej 4 godzin, a to był mój wynik osiągnięty na trzecim maratonie. Myślałem też do cholery – co ludzie powiedzą. Istna głupota! Przejmowanie się tym jak ciebie oceniają, to największy błąd. Ta chora ambicja tak była we mnie głęboko zakodowana, że nawet wtedy kiedy otworzyłem oczy, gdy zobaczyłem nad sobą oczy strażników, to pomyślałem sobie – kurczę, nie ukończę maratonu, a tam może na mecie czeka na mnie córka z wnuczką. Wstyd mi było, że patrzą na mnie leżącego przechodnie. Czym się zajmowała moja głowa!

Dopiero w punkcie ratunkowym, kiedy odzyskałem więcej przytomności, a jednocześnie poczułem ból w klatce piersiowej uświadomiłem sobie, że jest ze mną źle, że muszę skupić się przede wszystkim na swoim zdrowiu, bo mam dla kogo żyć. Mam za kogo być odpowiedzialny. Uświadomiłem sobie, że muszę być wdzięczny Bogu, że nie skończyło się to gorzej, że żyję, że mam szansę żyć dalej.

Dostałem dużą lekcję pokory. Życie nie jest czymś, z czym można w nieodpowiedzialny sposób eksperymentować. Moja gonitwa, nieodpowiedzialne przyspieszenie (nie tylko na ostatnich kilometrach maratonu, ale w ogóle w ostatnim roku), to było szastanie swoim życiem. Zresztą jakim moim. Szewc bez butów chodzi. Sam niedawno pisałem na tym blogu, że wyznaję filozofię, że sami do siebie nie należymy, sami dla siebie nie żyjemy. A właśnie, sam tak się zachowywałem, jak bym żył sam dla samego siebie.

Kiedy pędzimy gnani swoją ambicją, gnani swoim ego, to zmysły nam tępieją. Tak było ze mną. Lekarze mnie się pytają czy przed omdleniem nic złego nie czułem. Niestety nie czułem, bo byłem otępiały swoją własną ambicją, swoim ambicjonalnym celem – ukończeniem 6 maratonu z dobrym wynikiem. Teraz się zastanawiam ile mam jeszcze w sobie takich otępiających ambicji.

Płacę teraz za to niepewnością co z moim sercem, co z moim zdrowiem. Piszę ten post ze szpitala, leżąc na sali, w szpitalu z innymi chorymi. Ze świata zdrowych przeniosłem się do świata chorych. Każdy ma tu jakąś swoją własną historię, a moją już znacie.

Nie warto gnać ponad swoje siły i swoje możliwości. Tu w szpitalu wszystko stanęło. Czas płynie bardzo, bardzo powoli. Mam dużo czasu do przemyśleń. Pewnie coś się skończyło, a coś nowego zaczęło. Pewnie to był mój ostatni maraton. To jednak nieważne. Ważne jest dla mnie, żebym zwolnił oraz trzy słowa, które za tym stoją: POKORA, OSTROŻNOŚĆ, ODPOWIEDZIALNOŚĆ.

Piszę o tym, bo chcę przestrzec wszystkich gdzieś goniących. Do nich chcę zawołać: ZWOLNIJCIE! Rozejrzycie się wokół siebie, cieszcie się tym co dostaliście od Boga, kochajcie się nawzajem właśnie TU i TERAZ!

Ja dostałem od Boga z całą pewnością drugie życie, drugą szansę, za co jestem mu bardzo wdzięczny!