Wyjść poza swoją rodzinę

Bardzo często jesteśmy silnie skoncentrowani na swoich najbliższych osobach, rodzinie, firmie, znajomych, stowarzyszeniach w których działamy. Organizowanie się w grupy sprzyja naszej efektywności, ale jednocześnie wyznacza pewne granice. Także granice naszego własnego rozwoju.

Pamiętam sytuację, kiedy firma, w której pracowałem otrzymała za zadanie połączyć się z inną dużą, kilkusetosobową organizacją. Na początku panował duży entuzjazm, bo niemal wszyscy w naszej firmowej rodzinie myśleli, że to nasze przedsiębiorstwo będzie wiodło prym w tym połączeniu, że dzięki temu staniemy się więksi i silniejsi. Problem był jednak w tym, że członkowie drugiej dużej rodziny firmowej dokładnie myśleli to samo. Uważali, że ta fuzja odbędzie się na ich warunkach. Ponieważ nikt z góry wyraźnie nie określił, kto ma być liderem tego przedsięwzięcia, a nawet gdyby to zrobił, to i tak doszłoby do buntu w rodzinie, która miała się temu podporządkować, doszło do jednej wielkiej wojny między rodzinami, które miały się połączyć i żyć w zgodzie. Zamiast urosnąć w siłę, obie organizacje uległy osłabieniu. Zamiast efektu synergii typu 2+2=5 wyszło coś w rodzaju 2+2=3.

Problemem, który definitywnie zahamował rozwój połączonych grup społecznych były wyznaczone granice głoszonych wartości, sposobu myślenia, metody osiągania w biznesie sukcesu. Były to tak zwane różnice kulturowe. Ale był też strach przed utraceniem dotychczasowego stanu posiadania, majątku, władzy itp.

Tak właśnie jako ludzie bardzo często w życiu postępujemy. Ze smutkiem myślę, że też jestem w tej większości. Przede wszystkim kierujemy się własnym interesem, a dopiero kiedyś, w jakimś tam czasie, łaskawie wychodzimy poza te granice robiąc coś zupełnie bezinteresownie dla ludzi spoza naszego kręgu. A wydaje mi się, że wychodzenie właśnie poza ten krąg daje nam większe szanse  rozwoju. Tylko najpierw trzeba przełamać strach, że coś stracimy, a zamiast tego uzbroić się w wiarę, że w przyrodzie nic nie ginie. Wszystko co dajemy, wcześniej czy później wróci do nas w pomnożony sposób w takiej czy innej formie.

Ostatnio dużo pisałem o swojej rodzinie, która daje mi siłę i w której też w jakiś sposób oczywiście się realizuję. Tu też trzeba oddawać samego siebie. Ale doba ma 24 godziny i duża część tego czasu spędzamy poza domem. Oczywiście, gdy wychodzę z domu robię to w dużej mierze dla swojej rodziny, by przynieść przysłowiowy „chleb”, ale świat zewnętrzny na tyle mnie zaskakuje, na tyle jest skomplikowany, że niemal każdego dnia spotykają mnie sytuacje, że siłą rzeczy muszę sobie zadać pytanie jaka jest moja w nim rola. Te role są różne w moim przypadku, jestem doradcą, nauczycielem akademickim, ale czasami po prostu widzę, że komuś trzeba pomóc i to niekoniecznie dla pieniędzy. W tym pomaganiu, czyli bezinteresownym oddawaniu samego siebie poza moim domem widzę jakiś głębszy sens. Nie jest to łatwe, ale czuję, że właśnie to przynosi szczęście i poczucie prawdziwej wolności. Do pomagania komuś z kim nie jestem związany rodzinnie potrzebne jest tylko jedno. Moja wolna wola.