Skupić się na swojej jaśniejszej stronie

Nagle nie wiadomo jak wchodzę w konflikt z drugą osobą. Wydaje mi się, że mam racje, mówię to z przekonaniem, a ona mnie krytykuje i twierdzi, że źle robię mówiąc to co mówię. Co robić myślę sobie. Może powinienem się wycofać z tego co powiedziałem. Skoro jednak w tym momencie jestem przekonany o tym co mówiłem, to tak jak bym się wyrzekł  samego siebie, zaczął udawać kogoś, kim nie jestem i nigdy nie byłem. To może z jeszcze większą zapalczywością powinienem zmusić mojego interlokutora do zmiany jego stanowiska. Siłą go zmienić? Nie, to także bez sensu.

Życie mi mówi, że w takich kryzysowych sytuacjach nie ma sensu ani zaogniać konfliktu, ani zaprzeczać samemu sobie. Po prostu taki konflikt, jak każdy kryzys, to doskonała okazja,  do tego by skupić się na samym sobie i postarać się wykorzystać tą szansę, by zmienić samego siebie na lepsze (a nie broń boże drugą osobę).

Zatem zdecydowałem się w takiej sytuacji zamilczeć. Rozmowa jest dobra, ale milczenie jest czasem lepsze. Cisza pozwala mi skupić się na samym sobie. Wrócić do tego, co absolutnie pierwotne.

Każdy człowiek bez wyjątku, może się zmieniać na lepsze. Wzrastanie i nieustanne rozwijanie swoich ukrytych możliwości jest niejako wpisane w życie człowieka. Są tu jednak pułapki. Czasem im bardziej staramy się być w czymś lepsi i  chcemy to pokazać światu, to jakoś dziwnie nam to nie wychodzi. Może dlatego, że im więcej światła, tym więcej pojawia się cienia. Każdy ma swoją jasną i ciemną stronę. Jednak ta ciemna strona może w jakiś szczególny sposób się uaktywnić wtedy, gdy wchodzimy w interakcję z drugim człowiekiem. Wtedy, gdy próbujemy go przekonać do swoich racji.

Wiele razy mi się w życiu zdarzało, że właśnie wtedy, gdy wydawało mi się, że walczę w jakiejś dobrej sprawie, to osoby po drugiej stronie dawały mi do zrozumienia, że to ja jestem zły. Może faktycznie w czasie tej walki dochodziła do głosu moja ciemniejsza strona. Może sam sobie z tego nie zdawałem wtedy sprawy. Widziałem tylko, że moje relacje z ludźmi, o których to właśnie próbowałem walczyć, zaczynają legnąć w gruzach. A to mnie jeszcze bardzie złościło i wprowadzało w czarną rozpacz. Im bardziej w takich sytuacjach próbowałem coś zrobić, coś naprawić, to tym bardziej jeszcze wszystko się komplikowało. Tak się właśnie znowu stało kilka dni temu, kiedy doszło do sprzeczki z bliską mi osobą. I na szczęście sobie przypomniałem, co najlepiej działa w takich sytuacjach.  Zamiast zmieniać kogoś lub się złościć, że ktoś cię nie rozumie, lepiej jest skupić się na wyciszeniu samego siebie.Wyszedłem zatem na spacer z psem.

Idąc powoli i uważnie patrzyłem na otaczające mnie drzewa, czułem na policzkach zimne jesienne powietrze, podniosłem głowę i zobaczyłem gwiazdy na bezchmurnym niebie. Przyszedł spokój, a za nim myśl, że jeżeli się skupię na samym sobie, wyciszę wszystkie negatywne emocje i przywrócę  blask temu co we mnie dobre, to nie muszę już nic więcej robić, niczego nie muszę udowadniać, bo właściwie po co.

Wydaje mi się, że jest to najlepsza metoda. W każdej sytuacji kryzysowej się sprawdza, a miałem już ich wiele w swoim życiu. Im bardziej chciałem w czasach kryzysu zmieniać świat, tym bardziej robiło się niebezpiecznie, a im bardziej starałem się skupić na przywróceniu swojego spokoju, odnajdywaniu szczęścia z nic nie robienia, milczenia, zawierzenia wszystkiego Bogu, tym bardziej czułem harmonię i doskonałość otaczającego mnie świata, a z czasem wszystko zaczynało się jakoś układać. Potem także ze wstydem sobie uświadamiałem, że jednak popełniałem błędy, że jednak gdzieś tam mogły się czaić wokół mnie demony. Dochodziły do głosu właśnie wtedy, kiedy próbowałem udoskonalać świat a nie samego siebie. Co gorsza, te demony psuły to co dla mniej jest najcenniejsze, czyli związki z ludźmi, których kocham.