Ekonomia społeczna, ekonomia personalistyczna

Jaka jest moja korzyść jeżeli zrobię to czy tamto? Czy mi się to opłaca? Czy warto zapłacić za tą przyjemność? Jak odnieść więcej własnej korzyści?… Te i inne pytania zadaje sobie wielu z nas w świecie konsumpcji. Nie oszukujmy się mówiąc, że to nas nie dotyczy. Każdy z nas został uwikłany w świat ekonomiczny jakim go sami stworzyliśmy. Ale czy można inaczej?

Inne spojrzenia ekonomiczne mogłem ostatnio nieco lepiej poznać biorąc udział w spotkaniu z dwoma osobami: najpierw z siostrą Małgorzatą Chmielewską a potem z Michałem Baranem.

Siostra Małgorzata Chmielewska – osoba niezwykle skromna, a zarazem prawdziwa w swoich dokonaniach, założycielka 9 domów dla bezdomnych – osób absolutnie wykluczonych przez system, dosłownie w kilku zdaniach wciągnęła mnie w swoją wizję ekonomii społecznej. Siostra Małgorzata mówi, że sami stworzyliśmy system zawiłych przepisów, procedur, które w imię kontroli wydawanych pieniędzy, mają nas niejako zwalniać z trudu i wysiłku udzielania pomocy tym, którzy w jakiś sposób w życiu sobie nie poradzili, a często znajdują się na jego samym dnie. Właśnie do tych osób wyciąga ona swoją rękę, dając im dom, który niejednokrotnie zmienia ich życie.

W pomocy ludziom zagubionym chodzi przede wszystkim oto, żeby wykazać im swoje zainteresowanie. Zgadzam się tu z księdzem Jackiem Stryczkiem, że gest pomocy może być silnym impulsem do zmiany. Gest ten może sprawić, by zagubieni życiowo ludzie na nowo w siebie uwierzyli. Darczyńca i udzielana przez niego pomoc finansowa są sygnałem, że nie są sami w tym swoim zagubieniu i mogą przez to coś zmienić. Oczywiście nie każdy chce tej zmiany, ale warto próbować. Jak twierdzi ze swojego doświadczenia siostra Małgorzata, często jest to możliwe. Jeżeli sami nie możemy komuś pomóc bezpośrednio, bo nawet nie bardzo wiemy jak się za to zabrać, to warto wspierać takie inicjatywy społeczne, jak Fundacja „Chleb Życia”. Przy okazji gorąco polecam wszystkim blog s. Małgorzaty Chmielewskiej[http://siostramalgorzata.chlebzycia.org/Blog/], gdzie dobitnie opisuje swoje codzienne trudy. Kiedy czytam tego bloga całkowicie zmienia mi widzenie świata.

Ekonomia darczynności społecznej zmienia sens zarabiania pieniędzy. Warto zarabiać, żeby móc pomagać! Ale też pojawia się zaraz kolejne pytanie: jak prowadzić biznes, by być w zgodzie z drugim człowiekiem, by w imię sztandaru pomagania nie usprawiedliwiać krzywdy innych ludzi. Czyli jak gromadzić kapitał nie robiąc tego kosztem drugiego człowieka?

Tydzień po spotkaniu z siostrą Małgorzatą pomógł mi odpowiedzieć na to pytanie Michał Baran, który jest wielkim orędownikiem nauki filozoficznej Karola Wojtyły, a przede wszystkim tez, które zawarte zostały w rozprawie filozoficznej pt. „Osoba i czyn”. Podmiotowe, a nie przedmiotowe traktowanie człowieka w organizacji nie jest niczym nowym wśród  dzisiejszych publikacji naukowych. Czytając regularnie Harvard Business Review odnoszę wrażenie, że świadomość podmiotowego podejścia do człowieka, jest już poza wszelką dyskusją. Dzisiaj naukowcy z obszaru zarządzania bardziej koncentrują się na tym jak zrozumieć człowieka w organizacji i w jaki sposób nawiązać z nim dialog (komunikację dwustronną a nie jednostronną) by był on właściwie zmotywowany i pokazał pełnię swoich możliwości. Wiele takich deklaracji płynie też z ust praktyków zarządzania – wielkich biznesmenów, którzy tworzą wielkie organizacje. Pamiętam jak kilka lat temu przeczytałem w książce Leszka Czarneckiego pt. „Biznes po prostu” takie piękne zdanie: „… Biznes tworzy się z ludźmi i dla ludzi…”. Prymat człowieka w ekonomii bardzo mnie tu ujął i mógłbym pomyśleć, że chodzi tu o całkowicie podmiotowe traktowanie pracownika i klientów, a nie utylitarne, czyli narzędziowe traktowanie ich w celu zarabiania pieniędzy. Mógłbym tak pomyśleć, ale wcześniej przez 8 lat pracowałem w jednej ze spółek Leszka Czarneckiego i nie wszystko mi się tu jakoś zgadzało. Personalistyczne, podejście do człowieka, czyli przede wszystkim takie, że wspólnie z drugą osobą szukamy tego samego dobra nie zawsze miało miejsce. Były oczywiście lepsze czasy, kiedy czułem atmosferę firmy rodzinnej, gdzie wszyscy byli bardzo zintegrowani i czuli, że robią coś ważnego, współtworzą wielką, polską instytucję finansową. Ale były też dni czarne, dni walki, szukania kozłów ofiarnych, sprzedawania produktów finansowych za wszelką ceną, bo inaczej zginiemy. Szczególnie takie nastroje zaczęły się udzielać w czasach kryzysu finansowego.  Być może Panu Leszkowi nie udało się tej idei wdrożyć mimo szczerych chęci, może też  w wielkim holdingu nie wszyscy menedżerowie  utożsamiali się z tym mottem, a może tylko ja naiwnie to nadinterpretowuję jako personalistyczne hasło, a w rzeczywistości chodziło tu jednak o ekonomię utylitarną, czyli maksymalizację zysku również za cenę instrumentalnego traktowania ludzi.

Chciałbym jednak dodać, że perspektywa personalistyczna w zarządzaniu jest bardzo trudna w praktyce. Przekonałem się o tym na własnej skórze zarządzając jedną z firm w branży budowlanej. Chyba nikomu nie muszę mówić, że budowlańcy są bardzo specyficzną grupą pracowników. Jak mogłem starałem się tworzyć dla nich jak najlepsze warunki pracy, ale rynek bardzo mi to wszystko komplikował. Nie mogłem sprawić by nie było pracy w nadgodzinach, nie mogłem sprawić by nie było pracy na zewnątrz w mroźnie, albo w deszczowe dni. Osobiście jeździłem po budowach by zobaczyć jak to jest. Mimo promowania solidarności w działaniu – w trakcie wspólnej pracy – zdarzało się, że niektóre osoby mimo swoich zdolności regularnie wywoływały konflikty w zespole, a inne zaś miały wszystko gdzieś i olewały wszystko łącznie ze swoją własną pracą. Mimo promowania takich wartości, jak uczciwość, bezpieczeństwo i szacunek dla drugiego człowieka, zdarzało nam się z Prezesem Andrzejem (którego bardzo szanuję), spotykać z sytuacjami pijaństwa, drobnych oszustw, a nawet kradzieży. Tu moja wizja personalistycznej organizacji zawiodła.

Mimo wszystko nie tracę nadziei. Wierzę w moc zarówno ekonomii społecznej, jak i ekonomii personalistycznej. Właśnie ta wiara sprawia, że piszę ten krótki artykuł. Tą wiarę przywrócili mi s. Małgorzata Chmielewska i Michał Baran za co im z całego serca dziękuję.