Zagubiona droga

Mieszkam blisko lasu i to jest miłe, bo na wyciągnięcie ręki mam kontakt z przyrodą. Korzystam na tym nie tylko ja, ale również mój pies, z którym chodzę tam na spacery. Jessie, bo tak się wabi, jak tylko wchodzimy do lasu staje się wyjątkowo ożywiona. Od razu zaczyna swoje slalomy między drzewami, pojawia się i znika, wyraźnie szuka jakiegoś tropu, delektuje się wszelkimi zapachami, każdym wystającym korzeniem. Czasem rzuca się przed siebie i wraca zadowolona, gdy uda się jej przepłoszyć jakieś ptaki. Choć w naszym lesie są sarny, to jednak nigdy nie są na tyle blisko, by Jessie używając swojego pasterskiego instynktu mogła za nimi biegać i próbować zaganiać. Te sarny gdzieś się chowają, a wychodzą wtedy, gdy patrzę na las z kuchennego okna. Jessie nie reaguje natomiast na lisy. Pewnego razu, gdy zmierzaliśmy do lasu pojawił taki piękny rudzielec. Z jednej strony bałem się, że może chcieć pogryźć się z moim psem, gdy ten tylko się do niego zbliży, a z drugiej tak jakoś niewiarygodnie się zatrzymał i na nas patrzył, że bardzo pragnąłem podejść do niego jak najbliżej. Chwilę tak stał a potem spokojnie sobie wskoczył między drzewa i zniknął. Jessie natomiast kompletnie go zignorowała.

I tak sobie chodzimy na te leśne spacery – ja i mój pies. Kiedy leżał śnieg odkryłem, że można chodzić po lesie nawet nocą. Wstajemy z żoną bardzo wcześnie, kiedy o tej porze roku jest jeszcze ciemno, a śnieg sprawia, że nawet niewielkie światło zaczyna się odbijać i znając swoje ścieżki mogę po nich chodzić pewnym krokiem. W lesie jest wtedy bardzo cicho i spokojnie. Nocą las wydaje się być dla mnie bardzo bezpieczny, a przede wszystkim czuję tam wyjątkowo samotnie i ukryty przed całym światem. Ten leśny spokój w połączeniu z mroźnym powietrzem pozwalają mi się przebudzić i poukładać myśli na nowy początek dnia. Jednak w minionym tygodniu wydarzyło się coś, co zaburzyło ten codzienny rytuał.

Pewnego dnia wszedłem do lasu jak zwykle, ale nie wziąłem pod uwagę, że pokrywa śnieżna w dużej części już stopniała, a na niebie zrobiło się wyjątkowo ciemno. Księżyc, który do tej pory rozświetlał moje nocno-poranne przechadzki, gdzieś zniknął. Im bardziej zagłębiałem się w las i szedłem swoją utartą drogą, tym bardziej poruszałem się po omacku. Liczyłem na to, że moje oczy przyzwyczają się do tej ciemności. Wchodziłem na swoją leśną górę, bo jest to typowy las dla okolic Krakowa ze swoimi pagórkami i wzniesieniami. Na szczycie tej małej góry wypatrzyłem gwiazdy pomiędzy drzewami, uspokoiłem swój oddech po spinaczce, a potem przywołałem psa dając mu znać, że czas wracać do domu. Kiedy krzyknąłem „Jessie!” spodziewałem się, że usłyszę łamane gałęzie, bo Jessie zawsze robi dużo hałasu, gdy jak najkrótszą drogą do mnie przybiega. Zamiast tego odpowiedziała mi tylko głucha cisza. Krzyknąłem jeszcze raz i znowu nic. Dopiero za trzecim razem, gdzieś w oddali usłyszałem znajomy trzask gałęzi. Odetchnąłem z ulgą, bo już myślałem, że berneńczyk gdzieś przepadł w tym ciemnym lesie. Na wszelki wypadek jeszcze raz krzyknąłem, aż w końcu usłyszałem ją już blisko siebie. Wtedy zacząłem schodzić z góry i szukać po omacku zwalonego drzewa przez które przechodzę przez strumyk. Ponieważ mrozy odpuściły wolałem przejść po drzewie i ominąć mokradła, które są niedaleko tego drzewa. Próbowałem się jakoś zorientować w terenie patrząc na wierzchołki drzew i ostrożnie stawiając każdy krok, ale im dalej szedłem tym bardziej sobie uświadamiałem, że chyba zgubiłem swoją utartą drogę. Szukałem zatem przejścia przez strumień w innym miejscu starając się w pamięci i na wyczucie zlokalizować mokradła, które z oczywistych powodów wolałem ominąć. Chwilę później zorientowałem się, że moje nogi zaplątały się w jakiś kolczastych krzakach i dopiero wtedy zrozumiałem, że zamiast próbować nowej drogi trzeba było się cofnąć i odnaleźć starą.

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Właśnie w tym momencie, kiedy zawróciłem i już pewniejszym krokiem zmierzałem do poprzedniego miejsca, gdzie lepiej się orientowałem w terenie, olśniła mnie pewna myśl. – Po ostatnich wydarzeniach związanych z odejściem Taty Andrzeja  dałem sobie przyzwolenie do otwarcia się na zmiany w swoim życiu, a tym czasem uświadomiłem sobie, że nie wszystkie zmiany, a przede wszystkim porzucenie utartych dróg mogą być dobre.

Gdy przyszła mi do głowy ta myśl jakoś dziwnie szybko odnalazłem drogę i to drzewo, przez które mogłem przejść przez strumyk. Nasze utarte drogi są bardzo ważne w naszym życiu. Znany podróżnik (z wykształcenia filozof) Marek Kamiński w książce „Idź własną drogą” bardzo dobitnie mówi jak ważna jest rutyna. Przez rutynę rozumie on powtarzające się każdego dnia czynności, stosowane schematy działań. Dzięki rutynie jak pisze Marek Kamiński oszczędzamy energię potrzebną do podejmowania prawdziwie ważnych decyzji.

Tego ciemnego poranka, gdy odnalazłem swoją leśną drogę uświadomiłem sobie, że jako ludzie z jednej strony często nie lubimy zmian, ale z drugiej strony mamy też jakąś skłonność porzucania tego co w życiu udało się wdrożyć, tego co działa, tego co własnym wysiłkiem udało się zbudować. Ostatnie wydarzenia spowodowały, że pochopnie chciałem zmienić utarte schematy swoich codziennych czynności. W lesie zrozumiałem swój błąd. W mojej głowie pojawiła się lista tych spraw, które jak jednak stwierdziłem były ważnie i nie powinienem ich pochopnie porzucać. Na pierwszym miejscu tej listy była MODLITWA.  Po śmierci Taty Andrzeja przestałem się modlić. Przestałem, bo stwierdziłem, że nie ma po co, skoro Bóg mnie nie słucha – tak przynajmniej w ostatnich tygodniach uważałem. Przestałem się modlić bo głupi myślałem, że już nie miałem o kogo się modlić. A przecież oprócz Taty Andrzeja mam jeszcze tyle bliskich wokół siebie, którzy na pewno tej modlitwy potrzebują. Tak właśnie odnalazłem zagubioną drogę.