Ja i otoczenie

Wychodząc na spacer ze swoim berneńczykiem mogę się spieszyć, bo trzeba ten spacer odbyć szybko, mogę iść zamyślony – zamknięty w swoich problemach, albo też mogę iść wolno i uważnie – obserwować otaczającą mnie przyrodę. Ostatnio przekonałem się, że ten ostatni sposób spacerowania pozwala mi odnaleźć samego siebie.

Mój kolega Marian, który z wykształcenia jest leśnikiem, a zawodowo uznanym ogrodnikiem nieustannie nawołuje, że trzeba kontemplować otaczającą nas przyrodę. Początkowo przyznam nie bardzo wiedziałem o co Marianowi chodzi, ale dopiero własne doświadczenie pozwoliło mi zrozumieć to piękne przesłanie.  W trakcie moich spacerów, wtedy kiedy zwalniam, kiedy podnoszę wyżej głowę, rozglądam się dookoła, zauważam więcej, rozumiem więcej i chyba lepiej poznaję samego siebie.

Ostatnio dzień jest coraz dłuższy i mam szansę spacerować w świetle wschodzącego słońca. W sobotnio-niedzielne poranki idę swoją leśną ścieżką. Trudno mówić o oznakach wiosny, ale coś tam się zmienia w drzewach, które choć ciągle bez liści, to jednak wyglądają na bardziej rozbudzone. Kiedy niebo jest bezchmurne w promieniach słońca można dostrzec każdy szczegół pozostałości po zimie. W naszym lesie leży  wiele przewróconych drzew i połamanych gałęzi – pozostałości po zimowych wichurach i opadach ciężkiego śniegu. Choć rano są jeszcze przymrozki, to czuję, że zima już definitywnie odchodzi – a może to tylko moje ciało tak bardzo domaga się wiosny.

Pamiętając o słowach Mariana, spaceruję teraz wolniej i uważniej. Rozglądam się dookoła. Koncentruję się na tym co widzę. Zwalniam swoją głowę od wszelkich zobowiązań, wyrzutów sumienia i niepokojów. Jedyne czego chcę w takiej chwili to tego, żeby zintegrować się z otoczeniem. Patrzę na drzewa i przypominam sobie jak było kiedyś. Odnajduję małego chłopca, który uwielbiał się na nie wspinać. Pamiętam jak długo mogłem przebywać na wierzchołku drzewa. Trzymałem się mocno gałęzi i czułem się tam schowany, a jednocześnie dumny, że tak udało mi się wysoko wspiąć. Raz jedna sucha gałąź się pode mną załamała, ale nie spadłem na ziemię. Zwisłem gdzieś w połowie drzewa na innej zdrowej gałęzi. Drzewo mnie jednocześnie odrzuciło, ale i w jakiś sposób uratowało. Z tego co pamiętam to i tak mnie to nie powstrzymało. Dalej się wspinałem póki nie przyszedł czas dorastania… Tak sobie idę ze swoim psem cofając się w czasie. Im uważniej się rozglądam, im bardziej jestem z przyrodą, tym bardziej odnajduję siebie. Zadaję sobie odwieczne pytanie – kim jestem? Czy kogoś udaję i czy to w ogóle potrzebne? Czy nie lepiej być po prosu sobą tak jak te drzewa – są po prostu takie jakie są – strzeliste, krzywe, rozłożyste – różne, każde inne w swoim rodzaju.

Żyjemy w świecie luster. Przeglądamy się w nich i szukamy w tych lustrzanych odbiciach samego siebie. Tak mi się wydaje, że niestety te poszukiwania przenosimy czasem na innych ludzi traktując ich jakby innego rodzaju lustra. Szukamy akceptacji w ich oczach, słów uznania w ich ustach. Gdy tego nie otrzymujemy, to jesteśmy gotowi zaprzedać duszę diabłu lub w najlepszym razie grać jakąś nieswoją rolę. Bardzo pragniemy tego potwierdzenia, a gdy tego nie otrzymujemy rozpaczamy. Wtedy właśnie ucieka nam prawdziwy obraz nas samych. Czy mam się wstydzić tego kim naprawdę jestem, tego co kocham, co czuję, co mnie porusza. Tak sobie właśnie o tym myślę, kiedy patrzę na te gołe, bezbronne drzewa.