Pojednanie

Kiedy tak chodzę po lesie i patrzę na otaczającą mnie przyrodę odnajduję jakąś niewypowiedzianą jedność z tym co jest wokół mnie, a także z samym sobą. Patrząc na drzewo staję się jakąś jego częścią i jednocześnie czuję, że jest ono częścią mnie. Gdy stawiam każdy krok po miękkiej ziemi lasu czuję bezpośrednie obcowanie z planetą na której przyszło mi żyć. Wdychając chłodne poranne powietrze czuję się wolny i szczęśliwy. Cieszę się, że jestem jakimś elementem tego pięknego świata – może mało znaczącym, ale jestem. Ale muszę dodać, że jeszcze kilka tygodni temu nie myślałem tak pozytywnie.

W tym roku wyjątkowo zmęczyło mnie wiosenne przeziębienie. Niby nic, a przez sześć tygodni nie mogłem sobie poradzić z kaszlem, katarem i bólem gardła. Byłem nie do życia. Nie mogłem spać, ciężko mi było oddychać, czułem się całkowicie rozbity. Trudno mi było się skoncentrować na codziennych zadaniach, choć całą swoją wolą starałem się być silny i chciałem jak najszybciej odzyskać dawną formę. Moje ciało nie chciało się mnie jednak słuchać. Coś  się tam rozregulowało i nie chciało się naprawić. Jakoś jednak z tego  wyszedłem i to bez brania antybiotyku. Uznałem, że nie mam innego wyjścia, jak tylko zaakceptować ten stan taki jaki jest w tym momencie, uzbroić się w cierpliwość i poczekać aż przyjdzie poprawa…. I przyszła. W ten sposób pojawiło się moje nowe motto – akceptować i kochać życie takim jakie ono jest i w chwilach dobrych i złych. Żyć w zgodzie z samym sobą i z otaczającym mnie wszechświatem. Ta myśl była bardzo mi pomocna, kiedy kilka dni później stanąłem w ogniu konfliktu pomiędzy dwiema osobami, które bardzo kocham.

Żyjemy w świecie konfliktu i tego nie unikniemy. Choć większość ludzi pragnie pokoju, spokoju i bezpieczeństwa, to jednak ciągle mamy jakieś większe lub mniejsze wojny. Wystarczy spojrzeć na ulicę. Wszyscy dokądś gnają – biegną w niepokoju jakby coś miało im uciec. Kiedy w Warszawie schodzę do stacji metra, jestem zdumiony jak wielu ludzi spieszy się, niektórzy prawie fruną po schodach, by złapać to metro, które stoi jeszcze na peronie, a przecież następne przyjedzie za 3 minuty!

Nieustanne konflikty: pragnienie spokoju kontra pośpiech, pragnienie miłości kontra brak czasu, pragnienie bliskości drugiego człowieka kontra egoizm, pragnienie zdrowia kontra niezdrowy tryb życia…. Można tak wymieniać w nieskończoność, a ja się zastanawiam jak można się odnaleźć w tym świecie pełnym konfliktów. Odnaleźć samego siebie – przyczynę i sens swojego istnienia.

Jestem świadomy, że sam w swoim życiu wywołałem wiele własnych konfliktów. Najbardziej bolesne były te, które dotykały innych ludzi i w jakimś stopniu ich raniły,  a przez to i mnie samego. Doskonale pamiętam podniesiony ton swojego głosu, obraźliwe słowa, a przede wszystkim złość w moim sercu. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale czasem przychodzi do mnie fala niszczycielskiej złości i trudno mi na tym zapanować. Kto z moich bliskich to czyta, wie o co chodzi. Bardzo mocno ich za to wszystko przepraszam. Choć może częściej wyglądam jak łagodny branek, to jednak miewam swoje mroczne dni. Pamiętam na przykład jak raz kiedyś zbiłem mocno swojego psa tylko dlatego, że mi uciekł – chciał się biedak nacieszyć swoją wolnością, a ja go za to ukarałem, bo mi to nie pasowało. Czasami zbiera we mnie złość tylko z tego powodu, że coś nie układa się po mojej myśli, porządek tego świata nie jest zgodny z moim wyobrażeniem o nim. Nie potrafię się z tym pogodzić więc się złoszczę i to jest raczej bez sensu.

A jednak wierzę, że każdy konflikt może zamienić się w pojednanie. Tak jak kilka tygodni temu żyłem w konflikcie z własnym ciałem, bo przecież nie chciałem tej choroby. Jednak dla mnie najlepszym wyjściem było przyglądnięcie się temu z zewnątrz. Zło zawsze będzie krążyło wokół nas. Raz sami stajemy się jego źródłem, a innym razem przychodzi do nas z zewnątrz. Odpowiadanie złem na zło jest z pewnością bez sensu, bo tylko te zło podsycamy. Jestem świadomy, że jak niemal każdy człowiek mam swoją jasną i złą stronę. Zupełnie tak jak w piosence zespołu Luxtorpeda:
„… Bo we mnie siedzą wilki dwa, oblicze dobra, oblicze zła, walczą ze sobą nieustannie – wygrywa ten którego karmię…”.

Te słowa pozwoliły mi kiedyś zrozumieć, że każdy konflikt z drugim człowiekiem, trzeba rozpocząć od zażegnania swojego wewnętrznego konfliktu – pokonanie złego wilka przez nakarmienie tego dobrego. Dopiero po pojednaniu się z samym sobą mogłem wyciągnąć rękę i poprosić o zgodę, niezależnie od odwiecznego dylematu, kto pierwszy zaczął.

Co mogę zatem powiedzieć swoim kochanym bliskim, by się pojednali. Chyba tylko tyle, że ich bardzo kocham, że sam przecież też byłem kiedyś z nimi w konflikcie i właśnie w pojednaniu z nimi odnalazłem samego siebie. Sens kłótni, sens ludzkiego kryzysu, widzę właśnie w tym, że dzięki temu możemy sobie uświadomić problem naszego własnego, wewnętrznego konfliktu, od którego wszystko się zaczyna.  Tak było ze mną kiedy wyciągałem do Was rękę, a Wy dzięki wybaczeniu pomagaliście mi się podnieść z upadku. Ten pojednawczy uścisk zawsze był czymś doniosłym w mojej marnej historii. A jednak to wybaczenie i pojednanie było i jest zawsze najlepszym dowodem, że jednak istnieje miłość – jedyny sens, dla którego warto żyć, warto mieć nadzieję.